Na służbie - część trzecia
Pierwszy raz Alina schyliła się do ręki Skierczyny i złożyła na niej pocałunek.
Zżyli się tu z nią, ale i ona z nimi się zżyła. Miała teraz przyjaciół na wszystkie strony. Lubili ją służący, do których uśmiechała się życzliwie, przemawiała przyjaźnie.
Przepadały za nią psy podwórzowe, które przed gankiem wyczekiwały godziny jej spaceru, a potem skakały na nią, że się im odbronić nie mogła, i w susach biegły przed nią. Zbierała na nie kwestę u stołu i wynosiła im. skórki chleba, kości z drobiu. Vincart nazywała ją pogardliwie: la mere aux chiens. Zaprzyjaźniła się z Michasiem. Zaglądała do stajni, znała konie i wypytywała o nie. Mówili o koniach tak, jak gdyby miały w sobie Judzką duszę.
— Wałatażka to taki hardy, panieneczko, o cokolwiek się obrazi. Grudka mu zawsze ustąpi.
— To Grudka łagodna?
— O, ona bardzo przyjemna. W niej nic niema żółci.
Stadninę swoją, zaprezentował jej sam Juliusz. Nowonarodzonym źrebiętom ona nadawała imiona. Michaś począł teraz mieć pretensyę do wyglądu stajni. Wieczorami powyplatał ze słomy ornamenta, buńczuki, frendzle, któremi przyozdobił słupy i przegrody. Wiedział, że wszystko znajdzie uznanie i zachwyt w Alinie. Ubrawszy stajnię, czekał rozpromieniony na przyjście panieneczki, której piękności nie rozumiał może, a mimowoli był pod jej urokiem.
— Ach, jakaż ustrojona, jaka prześliczna stajnia! — wołała Alina. — To i król nie ma takiej!
A Michaś, z nogi na nogę przestępując, przyjmował pochwałę, jak najbardziej zarozumiały artysta, kontent ze stworzonego arcydzieła.
— Ej, żeby to paniczowi taką żonkę! — mówił raz do Wincesia. — Bo to i konie lubi...
— Jeszczem takiej gubernantki nie widział — zawyrokował Winceś.
Michaś zgodził się nawet na umieszczenie w stajni nieszczęśliwego pacyenta Aliny, kota ze złamaną w połapce na kuny łapą. Nie miała go gdzie podziać. Na strychu było za zimno, nikt go nigdzie przyjąć nie chciał, udała się więc do Michasia i ten przeznaczył dla chorego kącik, w którym posłał mu starą derkę. Kot, z łapką wziętą w leszczotki, jadł, pił i przyjmował wdzięcznie starania Aliny.
Odżywiała też znalezionego w ogrodzie nawpół zmarzłego kosa.
— Kosa dać do zjedzenia kotowi, a następnie kota chartom — mówił Juliusz, żartując z Aliny. Utrzymywał, że marzeniem jej było założenie szpitala dla zwierząt, gdzie mogłaby swoje miłosierdzie dzielić między wszelkie gatunki czworonożne i latające.Łącznikiem między nią a domownikami dworu w Zbruczu była też jej muzyka. Weszło w zwyczaj, że w niedzielę po obiedzie odbywał się koncert, który czasem obecnością swoją zaszczycała nawet Skierczyna. Juliusz miał już swój ulubiony repertuar, który się powoli powiększał. Dawniej wyjeżdżał często w niedzielę w sąsiedztwo, teraz wolał siedzieć w domu.
Z Krasnowostoku przychodziły listy uspokajające. Był w nich nawet ton wesoły, ktory się Alinie wydał nieszczerym i bardzo podejrzanym. Stamarski zapewniał, że mu było dobrze, że mu do szczęścia wystarczała praca, dająca
